
Dowiedziałam się ostatnio, że mój znajomy z liceum pewnego dnia wrócił z imprezy i dostał gorączki rzędu 41 st. Zadzwoniono po karetkę ze wstępnym rozpoznaniem: zatrucie alkoholowe. SOR, badania, morfologia, wielkie zdziwienie. Okazało się, że chłopak ma białaczkę. I co gorsza, nie ma większych szans na przeżycie. Jasne, człowiek na studiach uczy się o tym, wie kiedy jaka choroba ma swój pik i jak szanse są powiązane z wiekiem i wiele wiele innych. Ale taka wiadomość, że to się dzieje tuż obok wstrząsa. I to podwójnie. Bo to już nie są suche fakty wyciągnięte z podręcznika, nie są opisy ciekawych przypadków, na podstawie których mamy się uczyć. Bo młody, bo razem byliśmy kiedyś na piwie, bo mam go w znajomych na fejsie. Bo może mnie to spotkać, bo może spotkać mojego brata, przyjaciela czy kuzynkę. Bo będę musiała jako przyszły lekarz zmierzyć się nie raz z takimi przypadkami, z tragedią innych ludzi, z prześciganiem się ze śmiercią. Ktoś mi powiedział, że "wszystko będzie dobrze, zobaczysz". Ale takie mówienie tylko burzy krew. Bo przecież my nic nie wiemy. Bo przecież my możemy tak niewiele.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz