Bardzo długo zabierałam się do tego posta. Miałam już zaczęte kilka tematów. Miałam już nawet publikować, ale kasowałam, bo nie warte było mojej uwagi. Tytułu nawet nie wymyśliłam. A to źle, bo jak nie wie się o czym chce się pisać, to znaczy że nie ma się nic ciekawego do powiedzenia.
Dzisiaj po prostu chcę znaleźć w słowach trochę otuchy. Znaleźć naokoło szczęście. Bo ostatnio bardzo często tłumie w sobie same negatywne emocje. Chciałabym wyjść z domu z pusta głową. Nie zamieszana w nic. Beztroska, pełna śmiechu i optymizmu. Jak bywało kiedyś. Ostatnio mam zmartwienia. Ostatnio wszystko się piętrzy. Ale wiecie, chodzi po prostu o to, żeby znajdywać te małe szczęścia w małych codziennych rzeczach. Zastanówcie się czasem.
A oto moja lista szczęśliwych momentów dziś:
1. Byłam na badaniach krwi rano. Nie, to nie szczęśliwy moment. Bo przecież wariuje na widok igły, a jak czyje, że ktoś mi coś wbija, to robi mi się niedobrze. Więc przychodzę na zajęcia, a tam pan M (chyba wystarczy jego uśmiech) i wieeeeeeelki kubek cappuccino. Dla mnie!
2. Wyszło słońce. Idąc ulicą czuć ogrzewające promienie z tyłu głowy. Ptaki ćwierkające na jeszcze gołych drzewach.
3. Pan M oficjalnie zaprasza mnie na piątkowy ENEMEF, bo jak zwykle wygrał bilety. Sama wizja wizyty w kinie, pod kocem i oglądanie dobrego kina jest dość ekscytująca.
4. Wsuwałam lody. Czekoladowe, sorbet z czarnej porzeczki, tiramisu czy kokosowe. Najlepsze. Pomyślcie, że jeszcze bita śmietana była tam! (hahhaa, oczywiście jedzenie, to obowiązkowy punkt szczęśliwego dnia)
5. Jako że moja mama nie mogła iść do kina dziś, to oddała mi swój karnet do Kina Sfinks i oglądnęłam "Tajemnice Filomeny". Film niezwykle poruszający. Zaskakujący. I bardzo ciepły, w tej swojej dość smutnej historii.
Wszyscy wiemy, że szczęście wywołuję słońce, czekolada i przytulasy. A dziś był cały pakiet!
Więcej "grzechów" już nie pamiętam, za wszystkie szczerze dziękuję! Bo na koniec dnia zauważam, że nie myślałam wcale tak dużo o swoich chmurach nad głową. Że kontakt z drugą osobą, że oddanie się czasem drobnym przyjemnością je rozwiewa. Najlepsze wiatry rozwiewające powstają gdy się człowiek śmieje, gdy nie robi za dzikusa, a czasem wyjdzie do ludzi. Warto się uśmiechać! Nawet do obcych na ulicy-odwzajemnią może, a może przekażą dalej.
Wyszło ckliwie i tak jakoś babsko i romantycznie. Zero drapieżności i jakiegoś pazura. No trudno. Czasem każdy potrzebuję trochę czułości.
środa, 26 marca 2014
sobota, 15 marca 2014
#16 być kobietą, być kobietą!
Miałam pisać to w dzień kobiet. Bo o kobietach chciałabym napisać. O tym jak ja się czuję. O tym czym dla mnie jest kobieta. Ale cała sobotę spędziłam poza domem. Byłam z Panem M na mieście: na kawie, w muzeum, na spacerze. Idealne rozwiązanie na zwykłą sobotnią randkę. A cały tydzień moją głowę zaprzątały wirusy i bakterie.
Tak myślałam sobie ostatnio i jeszcze dawniej, że naszym światem rządzą paskudne stereotypy. Typowy facet, stereotypowa kobieta. Ten jest "Cyganem", a tamten "Żydem". A z kolei jeszcze inny jest z Krakowa, więc jest skąpy, a Warszawiacy i tak zawsze wychodzą na dwór, bo na polu mieszkają przecież, bez względu na stereotypy. Nie mówię tu już o tych schematycznych tokach myślenia, które prowadzą społeczeństwo do nietolerancji czy nawet dyskryminacji. Jawne uprzedzenia do ludzi o różnej zamożności, różnym pochodzeniu etnicznym, wyznaniu, wieku czy nawet odmiennym ubiorze są na porządku dziennym.
Czy ja, będąc zupełnie (tak mi się wydaje przynajmniej) NIE stereotypową kobietą mam czuć się źle z tego powodu? Że nie chodzę w szpilkach? Że nie robię awantur i wyrzutów, że nie czepiam się wszystkiego i wszystkich (chyba... mam taka nadzieję)? Że autem umiem jeździć? Że nie gubię się i umiem się posługiwać mapą?
Czy jakiś mężczyzna, który nie ogląda piłki nożnej, nie spędza każdego piątkowego wieczoru na piwie z kolegami w clubie go-go ma się czuć źle? Czy mężczyzna, który nie bije swojej kobiety, a traktuje ją na równi z sobą, ugotuje czasem ukochanej obiad, a może to on przyniesie śniadanie do łózka, musi być pantoflarzem? Czy tata który poszedł na tacierzyńskie musi słuchać śmiechów kolegów, że to żona go utrzymuje?
Jestem kobietą. Jestem z tego dumna. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam XX w genomie. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam cycki. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że noszę sukienki, rajtki, maluję usta na czerwono. Jestem kobietą, bo cieszę się życiem. Bo kokietuję, robię wrażenie swoim "mózgiem". Bo mam swój urok, wdzięk i czar. Bo mam marzenie, plany i cele, które realizuje. Bo mam odwagę powiedzieć do lustra i do każdego człowieka, że jestem silna, niezależna, że biorę z życia całymi garściami. Że nie pozwalam nostalgii, szarości i smutkowi wchodzić z butami w moje życie.
Niektórzy panowie, kiedy ich kobieta, a może nawet zwykła znajoma z pracy czy studiów ma zły dzień, to od razu: "pewnie ma okres, dlatego taka zła". Niektórzy panowie idąc ulicą zauważają panią w obcisłych spodniach, w kusej sukience i z wywalonym jęzorem patrzą za nią, ciesząc oko i swego przyjaciela. Bynajmniej nie chcę generalizować. Nie chcę potępiać wszystkich panów (powinnam to dawno temu napisać, żeby uniknąć negatywnych głosów, że wszystkich wpycham do jednego worka. Tak nie jest, to tylko wykreowany, przerysowany obraz społeczeństwa. Hiperbola, a kto uważał na polskim w szkole, tez zrozumie, mam nadzieję). Ale bardzo często słyszę w swoim otoczeniu dość szowinistyczne komentarze (jak przychodzi co do czego, to nie potrafię podać przykładu. Wybaczcie, starałam się, próbowałam sobie coś przypomnieć, ale jakby czarna dziura). Panowie oczekują, że będziemy w szpilkach chodzić, ubrane w seksowną bieliznę, niczym modelki na wybiegu. Że przyniesiemy im obiad, zaoferujemy własny niedzielny biust. Nalejemy whiskey do szklanki i będziemy go wielbić. Chciałabym po prostu ubrać się czasem ładnie, dla siebie, a nie być "widowiskiem". Iść drogą i nie bać się, że ktoś za mną zatrąbi. Że moja sukienka w upalne lato nie sprowokuje jakiegoś zwierzaka, nie będzie nieumyślną zachętą do wykorzystania mnie, tego co oferuje moje ciało. W klubie chciałabym tańczyć, a nie zostać ciągle łapana za tyłek. Bo nie jestem tylko cyckodupą, kawałkiem mięsa do zerżnięcia.
Media także kreują nie najlepszy obraz kobiety. Reklamy, których jesteśmy tylko obiektem pożądania. Plakaty, na których tylko kobiety sprzątają i zajmują się domem, wychowują dzieci. Magazyny ze zdjęciami pięknych, chudych kobiet, jakby bez wad. Niesamowicie wzburzyła mnie historia amerykańskiej firmy odzieżowej, która na głównej ulicy Nowego Jorku, postawiła na wystawie manekin reklamujący bieliznę. Nie było by w tym niczego złego dla przechodniów, gdyby nie fakt, że modele miały atrapę zupełnie naturalnego owłosienia łonowego. Głosy ze strony społeczeństwa były zupełnie niewiarygodne. Krzyki, że to NIENATURALNE. Że jak można takie coś w ogóle pokazać. Panowie chcą nas gładkie. Wydepilowane, zadbane. Głośno ostatnio jest o pewnej Hiszpance, która postanowiła przestać się golić. Uznała to za coś zupełnie zbędnego i nie potrzebnego. Wytykana jest palcami i wyśmiewana. Jej dramatem jest jej dylemat: postępować wbrew sobie i depilować nogi czy może narazić się na oceniający i krytykujący głos ludzi. Dzisiaj nie znamy widoku futerka na nogach czy gąszczu pod pachami. Standardy przewidują gładkość, a wszelakie odchylenia od normy są od razu wielką aferą. Aż huczy od głosów: "higieniczne", "zdrowe", "estetyczne". Nawet kobiety się tak wypowiadają. A przecież to tylko i wyłącznie nasz wybór co robimy ze swoim ciałem, jakie je akceptujemy i chcemy. A czy to nie jest krok w tył? Czy kobiety same nie negują swojej swobody, autonomii? Nóż w plecy: mówienie tego jak mamy wyglądać, co mamy robić.
Chciałabym móc się wypowiedzieć, a nie zostać zrównanym z ziemią, bo "masz jajniki, to się nie znasz". Nadal jesteśmy kurami domowymi. Stworzone do gotowania, przygotowywania śniadania dla męża do pracy, zupy. Wymaga się od nas błysku w domu, nienagannie wyprasowanej koszuli, pościelonego łóżka. Chodzenia z siatami jak wielbłąd obładowane zakupami. Ciszy i posłuszeństwa w domu. Bo mężczyzna to pan w domu. On przynosi pieniądze i chleb (troszkę dramatyzuję oczywiście). Jeśli chodzi o dzieci, to temat w dzisiejszych czasach jest chyba trochę bardziej odległy. Bo kto chce mieć dzieci. Ale założenie jest takie: rodzić, wychowywać. To nawet nie nasz obowiązek, a przywilej. Bo instynkt macierzyński itp itd.
Zastanawia mnie skąd i dlaczego w nas dzisiaj nadal taka bieda umysłowa, średniowiecze. Może mężczyźni mają kobiety za gorsze i głupsze, bo boją się, że tak na prawdę są mądrzejsze? Nie jesteśmy ich zabawkami. Meblami w domu. Trofeami zwycięstwa. Możemy być równie silne i potężne co oni. Nie chodzi też o to, żeby rywalizować, udowadniać kto jest lepszy.
Tak myślałam sobie ostatnio i jeszcze dawniej, że naszym światem rządzą paskudne stereotypy. Typowy facet, stereotypowa kobieta. Ten jest "Cyganem", a tamten "Żydem". A z kolei jeszcze inny jest z Krakowa, więc jest skąpy, a Warszawiacy i tak zawsze wychodzą na dwór, bo na polu mieszkają przecież, bez względu na stereotypy. Nie mówię tu już o tych schematycznych tokach myślenia, które prowadzą społeczeństwo do nietolerancji czy nawet dyskryminacji. Jawne uprzedzenia do ludzi o różnej zamożności, różnym pochodzeniu etnicznym, wyznaniu, wieku czy nawet odmiennym ubiorze są na porządku dziennym.
Czy ja, będąc zupełnie (tak mi się wydaje przynajmniej) NIE stereotypową kobietą mam czuć się źle z tego powodu? Że nie chodzę w szpilkach? Że nie robię awantur i wyrzutów, że nie czepiam się wszystkiego i wszystkich (chyba... mam taka nadzieję)? Że autem umiem jeździć? Że nie gubię się i umiem się posługiwać mapą?
Czy jakiś mężczyzna, który nie ogląda piłki nożnej, nie spędza każdego piątkowego wieczoru na piwie z kolegami w clubie go-go ma się czuć źle? Czy mężczyzna, który nie bije swojej kobiety, a traktuje ją na równi z sobą, ugotuje czasem ukochanej obiad, a może to on przyniesie śniadanie do łózka, musi być pantoflarzem? Czy tata który poszedł na tacierzyńskie musi słuchać śmiechów kolegów, że to żona go utrzymuje?
Jestem kobietą. Jestem z tego dumna. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam XX w genomie. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam cycki. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że noszę sukienki, rajtki, maluję usta na czerwono. Jestem kobietą, bo cieszę się życiem. Bo kokietuję, robię wrażenie swoim "mózgiem". Bo mam swój urok, wdzięk i czar. Bo mam marzenie, plany i cele, które realizuje. Bo mam odwagę powiedzieć do lustra i do każdego człowieka, że jestem silna, niezależna, że biorę z życia całymi garściami. Że nie pozwalam nostalgii, szarości i smutkowi wchodzić z butami w moje życie.
Niektórzy panowie, kiedy ich kobieta, a może nawet zwykła znajoma z pracy czy studiów ma zły dzień, to od razu: "pewnie ma okres, dlatego taka zła". Niektórzy panowie idąc ulicą zauważają panią w obcisłych spodniach, w kusej sukience i z wywalonym jęzorem patrzą za nią, ciesząc oko i swego przyjaciela. Bynajmniej nie chcę generalizować. Nie chcę potępiać wszystkich panów (powinnam to dawno temu napisać, żeby uniknąć negatywnych głosów, że wszystkich wpycham do jednego worka. Tak nie jest, to tylko wykreowany, przerysowany obraz społeczeństwa. Hiperbola, a kto uważał na polskim w szkole, tez zrozumie, mam nadzieję). Ale bardzo często słyszę w swoim otoczeniu dość szowinistyczne komentarze (jak przychodzi co do czego, to nie potrafię podać przykładu. Wybaczcie, starałam się, próbowałam sobie coś przypomnieć, ale jakby czarna dziura). Panowie oczekują, że będziemy w szpilkach chodzić, ubrane w seksowną bieliznę, niczym modelki na wybiegu. Że przyniesiemy im obiad, zaoferujemy własny niedzielny biust. Nalejemy whiskey do szklanki i będziemy go wielbić. Chciałabym po prostu ubrać się czasem ładnie, dla siebie, a nie być "widowiskiem". Iść drogą i nie bać się, że ktoś za mną zatrąbi. Że moja sukienka w upalne lato nie sprowokuje jakiegoś zwierzaka, nie będzie nieumyślną zachętą do wykorzystania mnie, tego co oferuje moje ciało. W klubie chciałabym tańczyć, a nie zostać ciągle łapana za tyłek. Bo nie jestem tylko cyckodupą, kawałkiem mięsa do zerżnięcia.
Media także kreują nie najlepszy obraz kobiety. Reklamy, których jesteśmy tylko obiektem pożądania. Plakaty, na których tylko kobiety sprzątają i zajmują się domem, wychowują dzieci. Magazyny ze zdjęciami pięknych, chudych kobiet, jakby bez wad. Niesamowicie wzburzyła mnie historia amerykańskiej firmy odzieżowej, która na głównej ulicy Nowego Jorku, postawiła na wystawie manekin reklamujący bieliznę. Nie było by w tym niczego złego dla przechodniów, gdyby nie fakt, że modele miały atrapę zupełnie naturalnego owłosienia łonowego. Głosy ze strony społeczeństwa były zupełnie niewiarygodne. Krzyki, że to NIENATURALNE. Że jak można takie coś w ogóle pokazać. Panowie chcą nas gładkie. Wydepilowane, zadbane. Głośno ostatnio jest o pewnej Hiszpance, która postanowiła przestać się golić. Uznała to za coś zupełnie zbędnego i nie potrzebnego. Wytykana jest palcami i wyśmiewana. Jej dramatem jest jej dylemat: postępować wbrew sobie i depilować nogi czy może narazić się na oceniający i krytykujący głos ludzi. Dzisiaj nie znamy widoku futerka na nogach czy gąszczu pod pachami. Standardy przewidują gładkość, a wszelakie odchylenia od normy są od razu wielką aferą. Aż huczy od głosów: "higieniczne", "zdrowe", "estetyczne". Nawet kobiety się tak wypowiadają. A przecież to tylko i wyłącznie nasz wybór co robimy ze swoim ciałem, jakie je akceptujemy i chcemy. A czy to nie jest krok w tył? Czy kobiety same nie negują swojej swobody, autonomii? Nóż w plecy: mówienie tego jak mamy wyglądać, co mamy robić.
Chciałabym móc się wypowiedzieć, a nie zostać zrównanym z ziemią, bo "masz jajniki, to się nie znasz". Nadal jesteśmy kurami domowymi. Stworzone do gotowania, przygotowywania śniadania dla męża do pracy, zupy. Wymaga się od nas błysku w domu, nienagannie wyprasowanej koszuli, pościelonego łóżka. Chodzenia z siatami jak wielbłąd obładowane zakupami. Ciszy i posłuszeństwa w domu. Bo mężczyzna to pan w domu. On przynosi pieniądze i chleb (troszkę dramatyzuję oczywiście). Jeśli chodzi o dzieci, to temat w dzisiejszych czasach jest chyba trochę bardziej odległy. Bo kto chce mieć dzieci. Ale założenie jest takie: rodzić, wychowywać. To nawet nie nasz obowiązek, a przywilej. Bo instynkt macierzyński itp itd.
Zastanawia mnie skąd i dlaczego w nas dzisiaj nadal taka bieda umysłowa, średniowiecze. Może mężczyźni mają kobiety za gorsze i głupsze, bo boją się, że tak na prawdę są mądrzejsze? Nie jesteśmy ich zabawkami. Meblami w domu. Trofeami zwycięstwa. Możemy być równie silne i potężne co oni. Nie chodzi też o to, żeby rywalizować, udowadniać kto jest lepszy.
sobota, 1 marca 2014
# 15 peruwiańskie okopy
Zima, szaro-buro. Chlapa-ciapa. Wszyscy się chyba cieszą, że zza smogowej warstwy chmur powoli i nieśmiało wygląda słońce. Można porzucić ciężkie kurtki, wielkie buty i długaśne szaliki. Miasto zaprasza do spacerów, do jedzenia burgerów kupowanych w ciężarówce na świeżym powietrzu. I to wszystko taaaakie zdradliwe. Chrypka i głos jak stary pijaczyna, katar zalewający dosłownie wszystko-murowane! A najgorsze w tym wszystkim jest nawet nie paskudne choróbsko zwalające z nóg, ale to, że niszczy wszystkie plany!
Mimo nie najlepszego samopoczucia, ostatnio moje życie "kulturowe" kwitnie. Stos nowych książek, czytanych, a raczej połykanych zachłannie. ENEMEF: Noc Oskarowa i najnowsze filmowe hity. W jeszcze czeka mnie w weekend kolejna wizyta w kinie i teatralne ostatki ze sztuką Mrożka! Taka jestem podekscytowana, że aż zapominam, że boli mnie głowa i nie mogę spać (przez zatkany nos). I właśnie tu pojawia się mój dylemat, o czym mam napisać w pierwszej kolejności. Chyba chronologicznie!
Na urodziny dostałam książkę o pięknej okładce (prezentodarczyńca wybierał prezent według dwóch kryteriów: ładna okładka i autor z Noblem). Z Mario Vargasem Llosą spotkałam się już, czytałam w swojej karierze książkofila-genialne "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i wywołujące wcale nie mniejsze emocje "Ciotka Julia i skryba". Tym razem to "Miasto i psy" otwierało przed mną swoje tajemnice.
Książka jest pisana trochę jako własne doświadczania Llosy. Jako młody mężczyzna pisał już przeróżne opowiadania i wiersze. Jego postawa była zupełnie odbiegająca od peruwiańskiego schematu mężczyzny-macho. By wzbudzić w nim tę "męskość" i zdławić kobiece ciągotki do literatury i pisarstwa, wysłano go do szkoły wojskowej. I jest to troszkę jego autorefleksja właśnie nad warunkami panującymi w wojski, nad rygorem, znęcaniem się, sadyzmem. Ta jego debiutancka książka została spalona na dziedzińcu szkoły. Uważano, że autor zafałszował wizerunek wojska. Skandal związany z publikacją wyszedł jednak na plus, ponieważ wzbudziło to zainteresowanie zachodu literaturą iberoamerykańską.
Na okładce widnieje napis: "Pierwsze nieocenzurowane wydanie". Powiem Wam, że dość się zdziwiłam. Co może być takiego w tej książce, co wymagałoby cenzury? Chcąc uniknąć wszelkich spojlerów, powiem Wam tylko, że pełno w książce dramatycznych opisów gwałtu, masturbacji i wizyt u prostytutek. Autor nie boi się poruszać takich tematów jak przemoc psychiczna i fizyczna. Całe to błędne koło, wszystkie dramatyczne wydarzenia i emocje nawarstwiają się, osiągając punkt kulminacyjny. Od tego momentu, niż nic nie będzie takie samo...
Akcja powieści toczy się w Limie. W szkole wojskowej Leoncia Prado. Bohaterowie to tamtejsi studenci-kadeci, ich przełożeni. Narracja prowadzona jest oczami kilku postaci, stosowane są liczne retrospekcje. To wszystko czyni z początku "Miasto i psy" lekturą ciężką, którą należy czytać w pełnym skupieniu. Jednak z kartki na kartkę wszystko powoli zaczyna się łączyć w całość. Nie mówiąc o zakończeniu, które po prostu jest mistrzowskie. Książka opisuję relacje między członkami dość małej społeczności. Bohaterowie pochodzą z różnych krańców kraju, z różnych warstw społecznych, co pozwala Llosie opowiedzieć trochę o ogóle społeczeństwa peruwiańskiego. Czyni to książkę jeszcze bardziej niezwykła w swojej treści, pełną tak wielu różnych charakterów i obrazów.
"Miasto i psy" czytałam z wypiekami na twarzy. Oprócz fantastycznie skrojonej fabuły, książka stymuluje do zastanowienia się nad terrorem w szkołach. Nad przemocą między uczniami. Nad kultem macho-mężczyzny. Nad niedoskonałościami systemów, w których żyjemy: dbanie tylko o własny tyłek, pięcie się po szczeblach kariery zawodowej, martwienie się o dobrą opinię, którą uzyskuję się mimo wszystko (dosłownie po trupach). Nad nierównością i niesprawiedliwością społeczną.
Mimo nie najlepszego samopoczucia, ostatnio moje życie "kulturowe" kwitnie. Stos nowych książek, czytanych, a raczej połykanych zachłannie. ENEMEF: Noc Oskarowa i najnowsze filmowe hity. W jeszcze czeka mnie w weekend kolejna wizyta w kinie i teatralne ostatki ze sztuką Mrożka! Taka jestem podekscytowana, że aż zapominam, że boli mnie głowa i nie mogę spać (przez zatkany nos). I właśnie tu pojawia się mój dylemat, o czym mam napisać w pierwszej kolejności. Chyba chronologicznie!
Na urodziny dostałam książkę o pięknej okładce (prezentodarczyńca wybierał prezent według dwóch kryteriów: ładna okładka i autor z Noblem). Z Mario Vargasem Llosą spotkałam się już, czytałam w swojej karierze książkofila-genialne "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i wywołujące wcale nie mniejsze emocje "Ciotka Julia i skryba". Tym razem to "Miasto i psy" otwierało przed mną swoje tajemnice.
Książka jest pisana trochę jako własne doświadczania Llosy. Jako młody mężczyzna pisał już przeróżne opowiadania i wiersze. Jego postawa była zupełnie odbiegająca od peruwiańskiego schematu mężczyzny-macho. By wzbudzić w nim tę "męskość" i zdławić kobiece ciągotki do literatury i pisarstwa, wysłano go do szkoły wojskowej. I jest to troszkę jego autorefleksja właśnie nad warunkami panującymi w wojski, nad rygorem, znęcaniem się, sadyzmem. Ta jego debiutancka książka została spalona na dziedzińcu szkoły. Uważano, że autor zafałszował wizerunek wojska. Skandal związany z publikacją wyszedł jednak na plus, ponieważ wzbudziło to zainteresowanie zachodu literaturą iberoamerykańską.
Na okładce widnieje napis: "Pierwsze nieocenzurowane wydanie". Powiem Wam, że dość się zdziwiłam. Co może być takiego w tej książce, co wymagałoby cenzury? Chcąc uniknąć wszelkich spojlerów, powiem Wam tylko, że pełno w książce dramatycznych opisów gwałtu, masturbacji i wizyt u prostytutek. Autor nie boi się poruszać takich tematów jak przemoc psychiczna i fizyczna. Całe to błędne koło, wszystkie dramatyczne wydarzenia i emocje nawarstwiają się, osiągając punkt kulminacyjny. Od tego momentu, niż nic nie będzie takie samo...
Akcja powieści toczy się w Limie. W szkole wojskowej Leoncia Prado. Bohaterowie to tamtejsi studenci-kadeci, ich przełożeni. Narracja prowadzona jest oczami kilku postaci, stosowane są liczne retrospekcje. To wszystko czyni z początku "Miasto i psy" lekturą ciężką, którą należy czytać w pełnym skupieniu. Jednak z kartki na kartkę wszystko powoli zaczyna się łączyć w całość. Nie mówiąc o zakończeniu, które po prostu jest mistrzowskie. Książka opisuję relacje między członkami dość małej społeczności. Bohaterowie pochodzą z różnych krańców kraju, z różnych warstw społecznych, co pozwala Llosie opowiedzieć trochę o ogóle społeczeństwa peruwiańskiego. Czyni to książkę jeszcze bardziej niezwykła w swojej treści, pełną tak wielu różnych charakterów i obrazów.
"Miasto i psy" czytałam z wypiekami na twarzy. Oprócz fantastycznie skrojonej fabuły, książka stymuluje do zastanowienia się nad terrorem w szkołach. Nad przemocą między uczniami. Nad kultem macho-mężczyzny. Nad niedoskonałościami systemów, w których żyjemy: dbanie tylko o własny tyłek, pięcie się po szczeblach kariery zawodowej, martwienie się o dobrą opinię, którą uzyskuję się mimo wszystko (dosłownie po trupach). Nad nierównością i niesprawiedliwością społeczną.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)