Zima, szaro-buro. Chlapa-ciapa. Wszyscy się chyba cieszą, że zza smogowej warstwy chmur powoli i nieśmiało wygląda słońce. Można porzucić ciężkie kurtki, wielkie buty i długaśne szaliki. Miasto zaprasza do spacerów, do jedzenia burgerów kupowanych w ciężarówce na świeżym powietrzu. I to wszystko taaaakie zdradliwe. Chrypka i głos jak stary pijaczyna, katar zalewający dosłownie wszystko-murowane! A najgorsze w tym wszystkim jest nawet nie paskudne choróbsko zwalające z nóg, ale to, że niszczy wszystkie plany!
Mimo nie najlepszego samopoczucia, ostatnio moje życie "kulturowe" kwitnie. Stos nowych książek, czytanych, a raczej połykanych zachłannie. ENEMEF: Noc Oskarowa i najnowsze filmowe hity. W jeszcze czeka mnie w weekend kolejna wizyta w kinie i teatralne ostatki ze sztuką Mrożka! Taka jestem podekscytowana, że aż zapominam, że boli mnie głowa i nie mogę spać (przez zatkany nos). I właśnie tu pojawia się mój dylemat, o czym mam napisać w pierwszej kolejności. Chyba chronologicznie!
Na urodziny dostałam książkę o pięknej okładce (prezentodarczyńca wybierał prezent według dwóch kryteriów: ładna okładka i autor z Noblem). Z Mario Vargasem Llosą spotkałam się już, czytałam w swojej karierze książkofila-genialne "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" i wywołujące wcale nie mniejsze emocje "Ciotka Julia i skryba". Tym razem to "Miasto i psy" otwierało przed mną swoje tajemnice.
Książka jest pisana trochę jako własne doświadczania Llosy. Jako młody mężczyzna pisał już przeróżne opowiadania i wiersze. Jego postawa była zupełnie odbiegająca od peruwiańskiego schematu mężczyzny-macho. By wzbudzić w nim tę "męskość" i zdławić kobiece ciągotki do literatury i pisarstwa, wysłano go do szkoły wojskowej. I jest to troszkę jego autorefleksja właśnie nad warunkami panującymi w wojski, nad rygorem, znęcaniem się, sadyzmem. Ta jego debiutancka książka została spalona na dziedzińcu szkoły. Uważano, że autor zafałszował wizerunek wojska. Skandal związany z publikacją wyszedł jednak na plus, ponieważ wzbudziło to zainteresowanie zachodu literaturą iberoamerykańską.
Na okładce widnieje napis: "Pierwsze nieocenzurowane wydanie". Powiem Wam, że dość się zdziwiłam. Co może być takiego w tej książce, co wymagałoby cenzury? Chcąc uniknąć wszelkich spojlerów, powiem Wam tylko, że pełno w książce dramatycznych opisów gwałtu, masturbacji i wizyt u prostytutek. Autor nie boi się poruszać takich tematów jak przemoc psychiczna i fizyczna. Całe to błędne koło, wszystkie dramatyczne wydarzenia i emocje nawarstwiają się, osiągając punkt kulminacyjny. Od tego momentu, niż nic nie będzie takie samo...
Akcja powieści toczy się w Limie. W szkole wojskowej Leoncia Prado. Bohaterowie to tamtejsi studenci-kadeci, ich przełożeni. Narracja prowadzona jest oczami kilku postaci, stosowane są liczne retrospekcje. To wszystko czyni z początku "Miasto i psy" lekturą ciężką, którą należy czytać w pełnym skupieniu. Jednak z kartki na kartkę wszystko powoli zaczyna się łączyć w całość. Nie mówiąc o zakończeniu, które po prostu jest mistrzowskie. Książka opisuję relacje między członkami dość małej społeczności. Bohaterowie pochodzą z różnych krańców kraju, z różnych warstw społecznych, co pozwala Llosie opowiedzieć trochę o ogóle społeczeństwa peruwiańskiego. Czyni to książkę jeszcze bardziej niezwykła w swojej treści, pełną tak wielu różnych charakterów i obrazów.
"Miasto i psy" czytałam z wypiekami na twarzy. Oprócz fantastycznie skrojonej fabuły, książka stymuluje do zastanowienia się nad terrorem w szkołach. Nad przemocą między uczniami. Nad kultem macho-mężczyzny. Nad niedoskonałościami systemów, w których żyjemy: dbanie tylko o własny tyłek, pięcie się po szczeblach kariery zawodowej, martwienie się o dobrą opinię, którą uzyskuję się mimo wszystko (dosłownie po trupach). Nad nierównością i niesprawiedliwością społeczną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz