Tak myślałam sobie ostatnio i jeszcze dawniej, że naszym światem rządzą paskudne stereotypy. Typowy facet, stereotypowa kobieta. Ten jest "Cyganem", a tamten "Żydem". A z kolei jeszcze inny jest z Krakowa, więc jest skąpy, a Warszawiacy i tak zawsze wychodzą na dwór, bo na polu mieszkają przecież, bez względu na stereotypy. Nie mówię tu już o tych schematycznych tokach myślenia, które prowadzą społeczeństwo do nietolerancji czy nawet dyskryminacji. Jawne uprzedzenia do ludzi o różnej zamożności, różnym pochodzeniu etnicznym, wyznaniu, wieku czy nawet odmiennym ubiorze są na porządku dziennym.
Czy ja, będąc zupełnie (tak mi się wydaje przynajmniej) NIE stereotypową kobietą mam czuć się źle z tego powodu? Że nie chodzę w szpilkach? Że nie robię awantur i wyrzutów, że nie czepiam się wszystkiego i wszystkich (chyba... mam taka nadzieję)? Że autem umiem jeździć? Że nie gubię się i umiem się posługiwać mapą?
Czy jakiś mężczyzna, który nie ogląda piłki nożnej, nie spędza każdego piątkowego wieczoru na piwie z kolegami w clubie go-go ma się czuć źle? Czy mężczyzna, który nie bije swojej kobiety, a traktuje ją na równi z sobą, ugotuje czasem ukochanej obiad, a może to on przyniesie śniadanie do łózka, musi być pantoflarzem? Czy tata który poszedł na tacierzyńskie musi słuchać śmiechów kolegów, że to żona go utrzymuje?
Jestem kobietą. Jestem z tego dumna. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam XX w genomie. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że mam cycki. Jestem kobietą, ale nie dlatego, że noszę sukienki, rajtki, maluję usta na czerwono. Jestem kobietą, bo cieszę się życiem. Bo kokietuję, robię wrażenie swoim "mózgiem". Bo mam swój urok, wdzięk i czar. Bo mam marzenie, plany i cele, które realizuje. Bo mam odwagę powiedzieć do lustra i do każdego człowieka, że jestem silna, niezależna, że biorę z życia całymi garściami. Że nie pozwalam nostalgii, szarości i smutkowi wchodzić z butami w moje życie.
Niektórzy panowie, kiedy ich kobieta, a może nawet zwykła znajoma z pracy czy studiów ma zły dzień, to od razu: "pewnie ma okres, dlatego taka zła". Niektórzy panowie idąc ulicą zauważają panią w obcisłych spodniach, w kusej sukience i z wywalonym jęzorem patrzą za nią, ciesząc oko i swego przyjaciela. Bynajmniej nie chcę generalizować. Nie chcę potępiać wszystkich panów (powinnam to dawno temu napisać, żeby uniknąć negatywnych głosów, że wszystkich wpycham do jednego worka. Tak nie jest, to tylko wykreowany, przerysowany obraz społeczeństwa. Hiperbola, a kto uważał na polskim w szkole, tez zrozumie, mam nadzieję). Ale bardzo często słyszę w swoim otoczeniu dość szowinistyczne komentarze (jak przychodzi co do czego, to nie potrafię podać przykładu. Wybaczcie, starałam się, próbowałam sobie coś przypomnieć, ale jakby czarna dziura). Panowie oczekują, że będziemy w szpilkach chodzić, ubrane w seksowną bieliznę, niczym modelki na wybiegu. Że przyniesiemy im obiad, zaoferujemy własny niedzielny biust. Nalejemy whiskey do szklanki i będziemy go wielbić. Chciałabym po prostu ubrać się czasem ładnie, dla siebie, a nie być "widowiskiem". Iść drogą i nie bać się, że ktoś za mną zatrąbi. Że moja sukienka w upalne lato nie sprowokuje jakiegoś zwierzaka, nie będzie nieumyślną zachętą do wykorzystania mnie, tego co oferuje moje ciało. W klubie chciałabym tańczyć, a nie zostać ciągle łapana za tyłek. Bo nie jestem tylko cyckodupą, kawałkiem mięsa do zerżnięcia.
Media także kreują nie najlepszy obraz kobiety. Reklamy, których jesteśmy tylko obiektem pożądania. Plakaty, na których tylko kobiety sprzątają i zajmują się domem, wychowują dzieci. Magazyny ze zdjęciami pięknych, chudych kobiet, jakby bez wad. Niesamowicie wzburzyła mnie historia amerykańskiej firmy odzieżowej, która na głównej ulicy Nowego Jorku, postawiła na wystawie manekin reklamujący bieliznę. Nie było by w tym niczego złego dla przechodniów, gdyby nie fakt, że modele miały atrapę zupełnie naturalnego owłosienia łonowego. Głosy ze strony społeczeństwa były zupełnie niewiarygodne. Krzyki, że to NIENATURALNE. Że jak można takie coś w ogóle pokazać. Panowie chcą nas gładkie. Wydepilowane, zadbane. Głośno ostatnio jest o pewnej Hiszpance, która postanowiła przestać się golić. Uznała to za coś zupełnie zbędnego i nie potrzebnego. Wytykana jest palcami i wyśmiewana. Jej dramatem jest jej dylemat: postępować wbrew sobie i depilować nogi czy może narazić się na oceniający i krytykujący głos ludzi. Dzisiaj nie znamy widoku futerka na nogach czy gąszczu pod pachami. Standardy przewidują gładkość, a wszelakie odchylenia od normy są od razu wielką aferą. Aż huczy od głosów: "higieniczne", "zdrowe", "estetyczne". Nawet kobiety się tak wypowiadają. A przecież to tylko i wyłącznie nasz wybór co robimy ze swoim ciałem, jakie je akceptujemy i chcemy. A czy to nie jest krok w tył? Czy kobiety same nie negują swojej swobody, autonomii? Nóż w plecy: mówienie tego jak mamy wyglądać, co mamy robić.
Chciałabym móc się wypowiedzieć, a nie zostać zrównanym z ziemią, bo "masz jajniki, to się nie znasz". Nadal jesteśmy kurami domowymi. Stworzone do gotowania, przygotowywania śniadania dla męża do pracy, zupy. Wymaga się od nas błysku w domu, nienagannie wyprasowanej koszuli, pościelonego łóżka. Chodzenia z siatami jak wielbłąd obładowane zakupami. Ciszy i posłuszeństwa w domu. Bo mężczyzna to pan w domu. On przynosi pieniądze i chleb (troszkę dramatyzuję oczywiście). Jeśli chodzi o dzieci, to temat w dzisiejszych czasach jest chyba trochę bardziej odległy. Bo kto chce mieć dzieci. Ale założenie jest takie: rodzić, wychowywać. To nawet nie nasz obowiązek, a przywilej. Bo instynkt macierzyński itp itd.
Zastanawia mnie skąd i dlaczego w nas dzisiaj nadal taka bieda umysłowa, średniowiecze. Może mężczyźni mają kobiety za gorsze i głupsze, bo boją się, że tak na prawdę są mądrzejsze? Nie jesteśmy ich zabawkami. Meblami w domu. Trofeami zwycięstwa. Możemy być równie silne i potężne co oni. Nie chodzi też o to, żeby rywalizować, udowadniać kto jest lepszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz