sobota, 7 lutego 2015
# 39 z pamiętnika młodego chirurga
- No pewnie!
- A czy później spotkało Cię wielkie rozczarowanie?
- Zdarzało się.
- No i właśnie w tym wszystkim to jest najgorsze, że ktoś niszczy Twoje oczekiwania...
- A to nie lepiej najpierw zderzyć się z rzeczywistością, a później naginać ją tak jak Tobie pasuje? Zmieniać rzeczywistość na taką z oczekiwań?
Moje pierwsze zderzenie z chirurgią to jak wpaść pędzącym autem w betonową ścianę. Bo przecież chirurgia to DOSŁOWNE naprawianie człowieka. Czy może być coś lepszego, bez urazy dla internistów, niż łatać pęknięte serca, uwalniać głowę od nagromadzonych w niej problemów czy zamykać wywiercone dziury w brzuchu? No jasne, że nie! A tu się okazuję, że nie dość, że zajęcia na klinice były marnowaniem czasu, to jeszcze codziennie rano chciało mi się płakać, że muszę wstawać na takie zajęcia....
Zaczęło się niewinnie. Nikt nie wiedział gdzie trzeba iść, do kogo się zwrócić o pomoc, bo katedry są trzy, a każda mówi, że nic nie wie. No jasne: student-jasnowidz, ma wszystko wiedzieć, ale najlepiej niech zniknie. Potem to jak zwykle: jestem w grupie jedyna dziewczyną. Stoję pod ścianą i przysłuchuję się paplaninie o grach, świństwach i nie wiem o czym jeszcze. Spoko. Ale nie spoko trafił się asystent. Dr Błyskawica to lekarz starej daty, lekko osiwiały chirurg cieszący się niewyjaśnionym posłuchem na oddziale. "Już do was idę, tylko..." i sto tysięcy różnych powodów. Już znaczy godzinę co najmniej. "Chodźcie, idziemy na stół", on operuje, a my oglądamy plecy kolegi, który stoi na hakach, bo rezydent się zgubił. Biedny kolega, nie dość, że zdenerwowany, to jeszcze chce jakoś się zachować przy stole i odpowiada na Błyskawiczne pytania. Biedny, bo "młody, ale to nie Ciebie pytam"-kto pyta studenta o cokolwiek innego niż sprawy naukowe, żeby udupić?
Historie związane z blokiem operacyjnym są jeszcze dwie (a może więcej, wyjdzie pewnie w praniu). Pierwsza o tym, jak to operacja spadła.
Dr Błyskawica wysyła ze studentami stażystę. "Każ im się przebrać, a ja sprawdzę pacjenta". Pani na lewo, panowie na prawo. Szybko przebieram się, co by nie zostać z tyłu. Wychodzę i nikogo nie ma. Czekam. 5 min-pewnie łajzy, ślamazary jedne się przebierają. 10 min-pewnie omawiają w męskim gronie pacjenta. 15 min-damn! Pewnie się spóźniłam, tak długo przebierałam, że już dawno weszli na salę! Przejdę wszystkie sale, zakukam w okienka. Ale ich nigdzie oczywiście nie ma. 20 min-nie ma ich, zostawili mnie! Dobrze, że ktokolwiek jest w dyżurce... Okazuje się, że operacja spadła, że dr Błyskawica jest nie wiadomo gdzie, a ja tkwię na bloku! Pani się zlitowała, podała numer do doktora, a ja z zawałem serca dzwonie... "Panie doktorze, bo ja tu jestem na bloku i nie wiem..." "DZIECKO! Znalazłaś się! Koledzy są na oddziale, wywiady zbierają! Przebieraj się i zejdź na dół!".... Okazało się, że chłopaki miały mi powiedzieć, ale ja biedna telefonu nie wzięłam, a hasła do damskiej szatni nie znali. Co się działo potem, to też jest warte uwagi. Po zbieraniu wywiadu, mieliśmy dyskutować z naszym guru. Ale musimy poczekać, ponieważ on ma konsultację na Intensywnej, a tam już jest za dużo studentów. Jakieś 75 min później... Dr Błyskawica schodzi schodami, widzi nas, spuszcza wzrok, idzie dalej. Jakiej kolejne 35 min później... "Myślałem, że macie już seminarium. Tak to wziąłbym was na dół, ale gastroskopie już zrobiłem".
Druga historia jest trochę o worku, a trochę o tym, że baba chirurg to ani nie baba, ani nie chirurg.
Jedziemy oczywiście na stół. Przyjechał Pan z gastroenterologii, podobno przygotowany, podobno wszystko jest w porządku. Nagle niespodziewana informacja: pan z workiem zjadł rano kanapkę podobno. I ma dziwną chrypkę. Więc wszystko diabli wzięli. Dr Błyskawica rozgląda się po windzie i mówi: "dobrze, że nie ma tu kobiet, możemy opowiadać takie żarty". I jazda z tekstami co będzie bardziej bolało niż urwanie jaj ordynatorowi z interny, który odważył się wysłać im takiego pacjenta. Więc chyba powinnam się czuć doceniona, wzięta pod uwagę w chirurgicznym świecie, bo nie jestem babą...
Piękny sen zaraz prysł. Siadłam na ławce, kiedy kolejny raz zostaliśmy porzuceni w środku szpitala, na korytarzu, bez słowa ("czekajcie tu się nie liczy"). I jak nagle nie słyszę: "A pani dobrze się czuję? Dobrze, to co pani tak ciągle siada? Chirurgiem to Pani nie będzie."
piątek, 15 sierpnia 2014
#31 SOR
Pacjenci czasem niezwykle zaskakują. "Prawdopodobieństwo występowania ciała obcego w obu oczach" to nic. Na pytanie: co się pani stało w rękę (spory opatrunek), słyszę: miałam septę, byłam martwa przez 6 dni. Pani naoglądała się "Gry o tron" chyba (dla niezorientowanych: septa-coś jak opiekunka dla księżniczek, a kapłani czczący Pana Ognia mogą wskrzeszać ludzi). Starszy pan wpadł na przystawianie pijawek, chory jest, więc niech mu ktoś upuści krwi. Młodzieniec do szycia chciał działkę spirytusu na znieczulenie. Pani z bójki nic nie piła, a jeśli chodzi o piwo to jedno do śniadania, więcej nie zdążyła, bo dostała od męża krzesłem (fajna impreza musiała być, skoro wyszło 1,62 promila). Młodej damie tak było źle, że oknem w toalecie uciekała. Było ugryzienie przez żmiję i przez psa. Osy nie było, dla potencjalnej ofiary szczęście-nieszczęście dla studentów. Dla niektórych SOR to izba wytrzeźwień, a dla innych ucieczka przed wychodzeniem na 4 piętro do swojego mieszkania. Co druga pani przyjechała, bo jej duszno i kręci się w głowie. Nastolatek hipochondryk z zawałem też się znajdzie-naczytał się dr. Pigułki w Google i teraz kłuje go w klatce i ma sucho w ustach, a ciśnienie wykręcił 190/120. Zdarza się, że ludzie mylą SOR z lekarzem pierwszego kontaktu i chcą dostać receptę albo ominąć kolejki do specjalisty.
Nauczyłam się kilku rzeczy przez ten tydzień. Zakładanie wenflonu, opatrunków, gipsowanie to nic. Przełamanie wstydu i zbieranie wywiadu, badanie fizykalne to nic. Nauczyłam się czym jest klątwa zdania "nic się nie dzieje" powiedzianego na głos. Koło południa przyjechał pan. Skarżył się na ból brzucha, wymioty. Ciśnienie i tętno na obwodzie nieoznaczalne. Kontakt było w porządku. Zacewnikowaliśmy pana, ja powiedziałam swoje feralne zdanie i zaczęło się. Pan się zatrzymał. Po 20 minutach zaskoczył, ledwo na 5 minut. Kolejne wysiłki całego personelu i gościnny występ pana anestezjologa nie dały żadnych efektów. Zaraz wypadki, pan co spadł z drabiny na wiertło, wypadek motocyklowy, ostre zapalenie trzustki, pani o saturacji 73%. Tyle rąk do pracy, a ciągle było mało. Łóżka w obserwacyjnych przepełnione, karetka za karetką czeka na przyjęcie a poczekalnia pęka w szwach.
Chciałam skończyć słodko-podziękowaniami, że mogłam spędzić ten tydzień na takim oddziale i że niektóre osoby chciały podzielić się swoją wiedzą. Ale skończę tym, że na filmach kłamią. Że SOR to wcale nie krzyki, tysiące ludzi za parawanami i gorączkowe bieganie. Panuje tam swoisty porządek, który każdy rozumie. SOR to niestety nie szybkie diagnozowanie dolegliwości pacjenta a tona papierologii. Że tracheotomii nie da się zrobić długopisem. Że krew tu nie tryska. Że nie krzyczy się "red code, red code", pielęgniarki nie biegną przez pół szpitala z wózkiem reanimacyjnym ani nie wbija strzykawki z adrenaliną w serce.
wtorek, 1 lipca 2014
#28 szpitalne okowy
Życie na oddziale jest niezwykle leniwe. Śpisz, czytasz, śpisz, pijesz, czytasz, wstajesz rozprostować nogi, czytasz. I tak w kółko. Ktoś do Ciebie przyjdzie, pogadacie pół godziny. Trochę poleżysz i popatrzysz w sufit, świetne do myślenia o świecie, o sobie, o życiu, o niczym. To takie pseudo darmowe wakacje. Leżysz, odpoczywasz, a inni chodzą wokół Ciebie.
Jesteś trochę w centrum uwagi: mama zrobi Ci na wypis ulubione danie, kupi ulubiony sok i nie każe Ci nic robic, tylko leżeć i odpoczywać. Dostajesz wiadomości z pytaniami jak się masz, jak się czujesz, czy wszystko jest w porządku. To takie miłe gesty. A już wogóle, jeśli komuś uda się Cie rozśmieszyć.
A tak na prawdę w środku to trochę to wszystko stresujące. Spanie z obcą osobą w jednym pokoju. Tuzin lekarzy oglądających Cię z każdej strony. Igły, wenflony, usg, inne maszyny. Tysiące badań i ciągłe powtarzanie, że tak, masz tylko 20 lat. Siedzisz i śpisz, bo nie masz co innego do roboty. Poza tym jesteś taka głodna... Brzuch burczy jak szalony. Wiec lepiej drzemać i nie czuć ssania w żołądku. Czytasz, bo nie chce Ci się gadać z obcą, starszą o 40 lat panią. Może i sympatyczna, może i miła, ale chyba sama sobie jestem najlepszym towarzyszem.
Życie na oddziale w moim przypadku jest i mam nadzieję będzie krótkie. Bo wolę leżeć we wlasnym łóżku, w swoim pokoju. A najlepiej, to wogóle uniknąć szpitala, uniknąc leżenia w łóżku cały miesiąc.


