Nie wiem jak to jest być zwykłym wychowawcą kolonijnym, ale wiem jak to jest być sternikiem-wychowawcą. Na obozie żeglarskim, obozie wędrownym panują inne zasady niż na normalnej kolonii czy obozie w lesie. Tu Twoi wychowankowie to już lekko starsze dzieci, choć nadal często mentalnie w przedszkolu, a Twoja grupa nie liczy więcej niż 8 osób. Nie musisz im non stop organizować czasu, bo spędzasz z nimi ponad pół dnia na małej łódce: 7 m długości i jakieś 2 m szerokości. Czasem bunkrują się pod pokładem, a Ty sterczysz na deku samotnie niczym Robinson Crusoe na bezludnej wyspie. Jesteś sam sobie sterem, żeglarzem i prawie okrętem. Posłuch w załodze musi być, żeby uniknąć wielu wpadek i gaf, nie zostać wiernym obiektem obserwacji Loży Szyderców na lądzie i żeby stan załogi zgadzał się pod koniec rejsu z tym na początku. To ciężka i mozolna praca...
Mój turnus obfitował w męskie załogi. 35 chłopa na 7 dziewczyn? Ależ te dziewczyny miały powodzenie... Oczywiście najlepsza pani sternika dostaje nową łódkę, jeszcze nie nazwaną, ale nazwaną No Name z tej właśnie to okazji. I załoga sama się znalazła, przyczepiła i nie chciała odczepić. "Weźmie nas pani? My będziemy Panią na rękach nosić! Będziemy gotować! Na jakiej jest Pani diecie? Wysokobiałkowej? Świetnie! Omlecik na śniadanie, może być? Pani ćwiczy? Super! To na pewno do Pani idziemy!". 5 licealistów, najgorszy wiek, największe siano w głowie. A siano to głownie miłosne rozterki, trawa i piwo. Rapsy all day all night, oczywiście z całej batalii głośników przywiezionych na łono natury. Przyznam się, że nie rozumiałam co oni mówią. Jak suahilii czy inny bengalski język. Eleonora, spo, wiadomix, zaorane, żenadix to najłatwiejsze do wychwycenia słowa nowego slangu. Nie wiedziałam, że aż tak stara jestem, że nie dogadam się z nastolatkiem już... Pora do grobu się zbierać. Ale to jeszcze nic. Ja myślałam, że taka nowoczesna będę, że ładowarkę samochodową zabiorę, żeby móc na łódce z akumulatora ładować, a to podobno jestem sto lat za murzynami... Oni power banki nabrali, ale to jeszcze w sumie nic. Oni mają to na baterie słoneczne! Ja nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje...
Bo bym zapomniała! Dziewczynki dwie dostałam! Ale one takie ciche, takie ani be ani me, każdy żart chłopaków na poważnie brały, takie biedne, bo w porównaniu z nimi takie porządne, zahukane trochę. Wszystko robiły co kazałam, zawsze usłuchane, ale jedna jakoś tak wolno jadła. Dostała pierwsza, a kończyłam pół godziny za całym obozem, zagadki nie rozwiązałam.
Kawa kadrowa, to taki czas w ciągu dnia, nie jeden raz nawet, kiedy sternicy siadają na trawce, pod drzewem i opowiadają co to też ich ciućmoki dziś zrobiły. Każdy się przechwala ze ma gorzej, że jego są gorsi, że bardziej brudzą, że mniej słuchają, że mniej robią, że więcej jedzą, że tamto sramto i owamto. Przez pierwsze dni wygrywałam. Zamiast kotwice wybierz, to młodzieniec rwie ją i kładzie na pokład, mimo że miała nas trzymać 10 m od brzegu. Kotwica to oczywiście ulubiony przedmiot, wokół którego mnożyły się problemy. Kazałam przenieść kotwicę z dziobu na rufę ( z przodu na tył), i po potwierdzonym przywiązaniu do łódki rzucić. Rzucona, ale nie zawiązana i porozwalana po całej długości łódki. Innym razem prosiłam o pomoc przy płetwie, kiedy ja zajmowałam się silnikiem przy cumowaniu do brzegu. Trzymaj linkę czerwoną znaczy puść do wody... Silnik zgasł, bo w silnik się "trzymana" lina wkręciła. Dobrze, że silni byli-trzymali mnie za nogi, kiedy nurkowałam i próbowałam odplątać nasz napęd. Trochę głuchoty albo zatkanych uszu-bo przecież prośba nie do niego jest, bo przecież ja już coś zrobiłem (najpewniej zjadłem coś i zostawiłem syf) i ja nie muszę pomagać, podawać. Ale raz na nich nakrzyczałam, raz sprawdziłam plecaki i zapanował spokój. Oprócz pojedynczych małpich wybryków, czyt wyskoczenie z łódki podczas płynięcia na silniku, to był spokój. Brak odpowiedzialnych za bałagan likwidowałam wyliczankami, pech chciał, że zawsze wypadało na tego, co akurat sprzątał swoją działkę. Jedne zakochał się w Mirindzie, młodszej dupeczce o jakies 4 lata (13 lat miała prosze państwa). I to zrodziło mnóstwo opowieści od serca. "Proszę Pani! Bo On miał tyle dziewczyn, z tyloma gada, a tyle na raz wyrywa. Bo Temu dała kosza dwa razy, a on ciągle. Bo Julka nie zwraca na mnie uwagi. A Pani ma chłopaka?".Ubaw po pachy.
Ale moi cudni chłopcy nie wygrali. Były inne kwiatki, takie jak łódka śmietnik-własna pani kapitan brzydziła się wejść na swoją łajbę. Trzeba było się przeciskać między torbami, skarpetkami i sokami. Podłoga to było bagno wciągające do kostek, materace zalane mlekiem, zamoczone ręcznikami i tyłkami w kąpielówkach. Blat stołu to jak chlewik dla świnek-okruszki, rozpaćkany pomidor, wylana herbata i wiele wiele innych. A nikt nie jadł, niczyje majtki, on nie słyszy i wychodzi bez słowa. Z kolei inny wariat, to gęba mu się nie zamykała, gadał pierdoły z księżyca, a na sam koniec został na środku jeziora i inna łódka go zgarnęła. BAAAAANG!
Fajnie jest, tyle wam powiem. To obok wielu problemów, wiele śmiechu i dobrej zabawy. Szkoda, że najlepiej się robi w załodze w ostatnie dni. Fajnie się pośmiać z nimi, z ich głupot i może coś im tam nawet pomóc. Bardzo wspominam właśnie ta historię ze skakaniem do wody podczas płynięcia na silniku. Dałam chłopakowi karę, a on się obraził. Wytłumaczyłam, że nie jestem zła, tylko że bardzo go lubię i dlatego ma myć gary. Nie chciałam, żeby zrobił sobie krzywdę, że to co się stało było niebezpieczne i że nauczy się, że następnym razem nie będzie skakał. Uśmiechnął się, bo usłyszał, że komuś zależy. To tak bardzo miło się robi, jak ktoś docenia co dla niego robisz.
polecam się na przyszłość,
sternik, wychowawca Pani Madzia
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 lipca 2015
poniedziałek, 8 września 2014
#33 bania do rana
Proszę Państwa, oto miś. Miś jest mało trzeźwy dziś. Kto spotyka w lesie misia, ten na banie szybko zmyka.
Nie wiem czy potraficie sobie wyobrazić Campus Akademicki. 300 studentów: starzy wyjadacze jak i świeżynki. Studenci z UJ, AGH czy Politechniki Śląskiej. 5 dni nielimitowanego alkoholu. Muzyka non stop. Zielona trawa i jezioro. Cała gama warsztatów, od żeglarskich, przez wizaż, fotografie po taneczne. Turniej koszykówki, wyścigi rowerkiem wodnym, silent party, paintball czy bieg na orientację.
To moja druga wyprawa Campus. Jako sternik na warsztatach.żeglarskich. Doborowa ekipa pływająca: ja, panna K, Misiek, Dudziak, Wojtek I Kubuś. Co dzień o 10 zbiórka przy łódkach i jazda na wodę. Każdy po kryjomu znosił wiadra i butelkę wody. Wożenie dupy po jeziorze jak z definicji. Czasem udało się kogoś ochlapać,czasem samemu się podkładało. Misiek, wielki amant, miał raz załogę dupeczek, ale wszystkie wyubierane. Nawet prysznic ich nie porozbierał. Nie wiem czym biedny chłopak im popadł, że długie spodnie i golfy poszły w ruch.
Co noc zaczynaliśmy od jungle speeda, na picie. Kto przegrywał walkę o totem, ten pił. Niektórzy specjalnie przegrywali, a inni specjalnie wyznaczali zawsze jedną osobę. Mój kieliszek z Tweetym robił furorę-mieścił dwa normalne kieliszki, nie tłukł się jak spadł i był przesłodki!
Co noc zaczynaliśmy od jungle speeda, na picie. Kto przegrywał walkę o totem, ten pił. Niektórzy specjalnie przegrywali, a inni specjalnie wyznaczali zawsze jedną osobę. Mój kieliszek z Tweetym robił furorę-mieścił dwa normalne kieliszki, nie tłukł się jak spadł i był przesłodki!
A teraz kilka anegdotek!
1% śniadanie przy stoliku z Prezesem: (...) i tak okazało się, że poszło na nas 6 litrów whisky
2% postanowiliśmy wypompować wodę przed śniadaniem z przeciekającej łódki. A tam na dole pani Bosman z flaszką. Siup, żeby łatwiej wyciągnąć na brzeg. Siup, żeby prosto chodzić.
3% warsztaty taneczne: chłopak brzydki jak noc, jedną koszulka od 3 dni, firmowa polibudy. Tańczymy odbijanego, wiec nadeszła moja kolej. Nie wiem czy chłopak miał tak dużego, czy tak mu się podobało. Ale ewidentnie przyszedł sobie pomacać.
4% na grze terenowej piło się wódkę z dmuchanej pani. I trzeba było tak rozgrzać pręt swoja dłonią ruchami góra-dół, żeby się zaświecił.
5% na tarasie dmuchany basen. W basenie panowie. Panowie w prześcieradłach. Zapraszają panie do siebie, a jak któraś odmówi, to siłą wrzucają.
6% chłopak ukradł mi spodnie i klapki, bo myślał, że jak go znajdę, to może na coś liczyć.
7% zakładamy kroplówkę z glukozą prodziekanowi awfu. 10 min później przychodzi z butelką pod pachą podziękować za uratowanie życia.
Historii jest dużo. Opowieści wiele się nie pamięta. A wiele jest nie dla wszystkich ludzi. What happened at the Campus, stays at the Campus. Tam tydzień mija na zabawie i utrzymywaniu odpowiedniego poziomu alkoholu we krwi.
piątek, 1 sierpnia 2014
# 30 Beach please
Dawno mnie nie było, bo chowałam się za parawanem, w lesie, na pikniku na wydmie, na kajaku czy za żaglem. Ale, wczoraj wróciłam i wszystko Wam opowiem!
Tyle było narzekania, że będzie beznadziejnie, że będę się nudzić, że to, że tamto. Wylądowałam w końcu w lesie, między Ustką a Rowami. W Poddąbiu. Serio, dziura w lesie. Jedna ulica, kilka domków drewnianych, pensjonatów dla koloni, dwa sklepy, lodziarnia, poczta w formie jak budka z hot dogami. Pierwsza rzecz, za która pokochałam to miejsce to plaża. Wiadomo, polskie plaże są najpiękniejsze na świecie! Ale ta wygrywa. Miejscami szeroka, gdzie indziej ledwo da się przejść suchą nogą. Klify wysokie, na które prowadzi ze sto schodów, a zaraz na górze niezwykły bukowy las. Jak z bajki. A z daleka wygląda jak jakaś dżungla, wcale nie żartuję!
Dzielę się zatem widokiem lasu i plaży. Bo wygląda jak w bajce!
Druga sprawa do miłości to trampolina. Wieeeelka i idealna do fikołków i wszelakich zabaw jak dla pięciolatka. Dała mi tyyyle frajdy, że szkoda gadać. Trzeba było tylko polować na moment, w którym żadne paskudne dziecko nie skakało. Bo z kimś to już nie to samo. Nie dość, że trzeba uważać, żeby nie rozdeptać go jak mrówkę, to jeszcze nie skakać za mocno, bo fala może je przewrócić i kłopot murowany. No i jeszcze może się zaplątać pod nasze nogi. To już nie wiem co jest z tego najgorsze. Skoro jestem już przy aktywności fizycznej, to pochwale się spacerami. Codziennie minimum godzinkę. A jak przyjechała Mado, to nawet i dłużej, a spacery z nią zawsze były pełne przygód. To też opowiem! A jak inaczej! Spacey plaża, moczenie stóp, zbieranie muszelek. Chodzenie lasem, bieganie po wydmach, po korzeniach i piknini na wydmie gdzieś daleko. Podczas jednego spaceru, daleko od cywilizacji spotkałam na samotnej plazy pana Dziadka, lat na pewno powyżej 75. I opalał się zupełnie au naturel. I to jeszcze bezwstydnie wystawia swojego przyjaciela w moją stronę. Fuuuj! Co dalej... O! byłam raz na kajaku, na spływie Łupawą. Trasa Żelkowo-Gardno minęła w upale, z moim bratem na pokładzie. Pamiętajcie, bierzcie sobie zawsze dobrego kompana na taka łajbę, który będzie Cie słuchał. Mój brat nie ma za grosz posłuszeństwa wobec starszego i "chorego". Bo on jak siedzi z tyłu to ja mam się dostosować z tempem wiosłowania. Bo on zawsze sobie da radę, co tam, że pomacha dwa razy wiosłem i walimy dziobem o brzeg, bo ma tyle krzepy. Ja mam podobno nie wiosłować, bo wszystko zepsuję, a gdyby nie moje wiosło od czasu do czasu w wodzie, to wisiałabym teraz jako mięso dla sępów nabite na jakieś wystające z wody zwalone drzewo. Dostałam nawet raz wiosłem po głowie, a ile razy mnie zalało, to nie sposób zliczyć. Przy okazji wyprawy kajakowej odkrylismy, że niedaleko nas jest baza windsurfingowa. Więc czym prędzej nastepnego dnia popędziliśmy po smażeniu się na plaży na deskę. Okazało się, że o umówionej godzinie wieje (napisałabym "pizga", ale już dostałam ochrzan od starszyzny, że to podobno przekleństwo) 6 B i żeby poczekać do wieczora. O 19 się uspokoiło i sprawnie przypomniałam sobie ten cudowny taniec z żaglem na chyboczącej się desce. Instruktor stwierdziła, że następnym razem przychodzimy na trapez i musi wiać minimum 3. Szkoda, że aż do wyjazdu była cisza....
Trzecia pozycja na liście do kochania to słońce. Jeśli zrobić zestawienie to wygląda tak:
dni: 16
dni słonecznych: 15
dni z deszczem: 1/2+1/2 (dwa popołudnia tylko i to na końcu)
zachodów słońca widzianych: chyba nie wszystkie, ale powyżej 10
wschody słońca: budzik był jeden, ale obudziłam sie o 4.30 i lało i grzmiało, więc nic z tego. A wcześniej nie było motywacji.
Zachody to był mój moment samotności. Chodziłam własnie albo na plażę, siąść na kłodzie, na kocu, albo na wydmę. Pomedytować, posłuchać morza i poczytać. Plaża wieczorem pustoszała, popołudniowe słońce lekko opierało się na zadowolonej twarzy. Po upalnym dniu można było wypić chłodny cydr czy wakacyjnie kaloryczna i słodką coca-colę. A na plaży czasem można znaleźć ciekawe dzieła artystyczne. Na przykład pomalowany kredkami kamień. Ja bym nawet na papierze tak nie umiała... A ponadto niektórzy próbowali puszczać lampiony, ale rzadko który poleciał dalej niż dwa kroki. Zazwyczaj przechylał sie i boczna ściana stawała w płomieniach, a czasem spadało do morza.
Może kilka słów z kim w ogóle tam byłam. Najpierw może rodzicieli wymienię. Jako że byłam nie do końca sprawna, to wzięli mnie, żebym nie siedziała w smrodliwym Krakowie, tylko dochodziła do siebie po wybebeszaniu w urokliwym miejscu. Rodzice pojechali ze swoimi znajomymi, a znajomi ze znajomymi. Była gromadka dzieci, ale albo w ogóle traktowała Cie jak powietrze albo to była gimbaza. Jakoś dało się dogadać, zagrać w karty, munchkiny, poodbijać w siatę czy popstrykać w kapsle. Było całkiem całkiem. Ale potem pojechali i na prawie tydzień zostałabym sama. Ale namówiłam moją imienniczkę, żeby wpadła. I tak oto wybrzeże podbijały Mado i Mazo. Przez jakieś 4 i 1/2 dnia. Było jak zwykle pełno przygód. Łaziłyśmy jak durne, bo leżeć plackiem nie cierpimy. W niedziele poszłyśmy do bankomatu do Rowów. To 7,5 km w jedną stronę. Ledwo zrobiłyśmy 1/3, a tu burza. Obie strachliwe, schowałyśmy się w krzakach. I co robić?! Jak durne polazłyśmy dalej. Oczywiście zabłądziłyśmy, bo po co pilnować czerwonego szlaku... Lazłyśmy lasem i śpiewałyśmy "Człowieka z liściem na głowie". A w samym centrum Rowów darłyśmy się, że jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdaaaaaaaam! I że znowu polało się z nieba, to olałyśmy gofry, ominęłyśmy upragniony namiot z tania książką i wsiadłyśmy w drogiego busa do domu. Innym razem pojechałyśmy do Ustki. Bo odwiedziałam znachora! Znanego na całą Polskę! Nie mam pojęcia jak ma na imię, ale poddałam się zabiegowi akupresury, mama wierzy, że mi pomoże. Hm... Na pewno nie zaszkodzi, ale nie powiem, że było przyjemnie. Potem spacer deptakiem, nadanie kartek (jaaaki drogi interes, ale jaki cudowny!), latarnia morska, falochron, port i frugola. Jak Mado zobaczyła, że są statki, od razu chciała płynąć. Oszukańczy rejs był fajny, trochę bujało, trochę zdjęć zrobił nam pan marynarz, ale to głównie zbliżenia na gruczoły mleczne, ucięte głowy i głupi śmiech. Zobaczyłam z daleka znajomego z Krakowa, który śpiewał i zbierał złote monety do futerału. W mieście za nic bym go pewnie nie spotkała. A ja nawet nie podeszłam, bo się zawstydziłam. Zatem pozdrawiam: Spotted Ustka, pozdrowienia dla G i jego czerwonowłosego wokalu. Wracać 11 km plaża, od 20 to trochę głupota. Postraszyłyśmy mewy, skostniały nam stopy i juz ciemno się robiło, jak tylko zobaczyłam butelkę. Ot, zwykły śmieć, ale z listem w środku! Jak z bajki. Jeszcze panie nie odpisałam, tak podała maila, ale zrobię to!
Tyle było narzekania, że będzie beznadziejnie, że będę się nudzić, że to, że tamto. Wylądowałam w końcu w lesie, między Ustką a Rowami. W Poddąbiu. Serio, dziura w lesie. Jedna ulica, kilka domków drewnianych, pensjonatów dla koloni, dwa sklepy, lodziarnia, poczta w formie jak budka z hot dogami. Pierwsza rzecz, za która pokochałam to miejsce to plaża. Wiadomo, polskie plaże są najpiękniejsze na świecie! Ale ta wygrywa. Miejscami szeroka, gdzie indziej ledwo da się przejść suchą nogą. Klify wysokie, na które prowadzi ze sto schodów, a zaraz na górze niezwykły bukowy las. Jak z bajki. A z daleka wygląda jak jakaś dżungla, wcale nie żartuję!
Dzielę się zatem widokiem lasu i plaży. Bo wygląda jak w bajce!
Druga sprawa do miłości to trampolina. Wieeeelka i idealna do fikołków i wszelakich zabaw jak dla pięciolatka. Dała mi tyyyle frajdy, że szkoda gadać. Trzeba było tylko polować na moment, w którym żadne paskudne dziecko nie skakało. Bo z kimś to już nie to samo. Nie dość, że trzeba uważać, żeby nie rozdeptać go jak mrówkę, to jeszcze nie skakać za mocno, bo fala może je przewrócić i kłopot murowany. No i jeszcze może się zaplątać pod nasze nogi. To już nie wiem co jest z tego najgorsze. Skoro jestem już przy aktywności fizycznej, to pochwale się spacerami. Codziennie minimum godzinkę. A jak przyjechała Mado, to nawet i dłużej, a spacery z nią zawsze były pełne przygód. To też opowiem! A jak inaczej! Spacey plaża, moczenie stóp, zbieranie muszelek. Chodzenie lasem, bieganie po wydmach, po korzeniach i piknini na wydmie gdzieś daleko. Podczas jednego spaceru, daleko od cywilizacji spotkałam na samotnej plazy pana Dziadka, lat na pewno powyżej 75. I opalał się zupełnie au naturel. I to jeszcze bezwstydnie wystawia swojego przyjaciela w moją stronę. Fuuuj! Co dalej... O! byłam raz na kajaku, na spływie Łupawą. Trasa Żelkowo-Gardno minęła w upale, z moim bratem na pokładzie. Pamiętajcie, bierzcie sobie zawsze dobrego kompana na taka łajbę, który będzie Cie słuchał. Mój brat nie ma za grosz posłuszeństwa wobec starszego i "chorego". Bo on jak siedzi z tyłu to ja mam się dostosować z tempem wiosłowania. Bo on zawsze sobie da radę, co tam, że pomacha dwa razy wiosłem i walimy dziobem o brzeg, bo ma tyle krzepy. Ja mam podobno nie wiosłować, bo wszystko zepsuję, a gdyby nie moje wiosło od czasu do czasu w wodzie, to wisiałabym teraz jako mięso dla sępów nabite na jakieś wystające z wody zwalone drzewo. Dostałam nawet raz wiosłem po głowie, a ile razy mnie zalało, to nie sposób zliczyć. Przy okazji wyprawy kajakowej odkrylismy, że niedaleko nas jest baza windsurfingowa. Więc czym prędzej nastepnego dnia popędziliśmy po smażeniu się na plaży na deskę. Okazało się, że o umówionej godzinie wieje (napisałabym "pizga", ale już dostałam ochrzan od starszyzny, że to podobno przekleństwo) 6 B i żeby poczekać do wieczora. O 19 się uspokoiło i sprawnie przypomniałam sobie ten cudowny taniec z żaglem na chyboczącej się desce. Instruktor stwierdziła, że następnym razem przychodzimy na trapez i musi wiać minimum 3. Szkoda, że aż do wyjazdu była cisza....
Trzecia pozycja na liście do kochania to słońce. Jeśli zrobić zestawienie to wygląda tak:
dni: 16
dni słonecznych: 15
dni z deszczem: 1/2+1/2 (dwa popołudnia tylko i to na końcu)
zachodów słońca widzianych: chyba nie wszystkie, ale powyżej 10
wschody słońca: budzik był jeden, ale obudziłam sie o 4.30 i lało i grzmiało, więc nic z tego. A wcześniej nie było motywacji.
Zachody to był mój moment samotności. Chodziłam własnie albo na plażę, siąść na kłodzie, na kocu, albo na wydmę. Pomedytować, posłuchać morza i poczytać. Plaża wieczorem pustoszała, popołudniowe słońce lekko opierało się na zadowolonej twarzy. Po upalnym dniu można było wypić chłodny cydr czy wakacyjnie kaloryczna i słodką coca-colę. A na plaży czasem można znaleźć ciekawe dzieła artystyczne. Na przykład pomalowany kredkami kamień. Ja bym nawet na papierze tak nie umiała... A ponadto niektórzy próbowali puszczać lampiony, ale rzadko który poleciał dalej niż dwa kroki. Zazwyczaj przechylał sie i boczna ściana stawała w płomieniach, a czasem spadało do morza.
Może kilka słów z kim w ogóle tam byłam. Najpierw może rodzicieli wymienię. Jako że byłam nie do końca sprawna, to wzięli mnie, żebym nie siedziała w smrodliwym Krakowie, tylko dochodziła do siebie po wybebeszaniu w urokliwym miejscu. Rodzice pojechali ze swoimi znajomymi, a znajomi ze znajomymi. Była gromadka dzieci, ale albo w ogóle traktowała Cie jak powietrze albo to była gimbaza. Jakoś dało się dogadać, zagrać w karty, munchkiny, poodbijać w siatę czy popstrykać w kapsle. Było całkiem całkiem. Ale potem pojechali i na prawie tydzień zostałabym sama. Ale namówiłam moją imienniczkę, żeby wpadła. I tak oto wybrzeże podbijały Mado i Mazo. Przez jakieś 4 i 1/2 dnia. Było jak zwykle pełno przygód. Łaziłyśmy jak durne, bo leżeć plackiem nie cierpimy. W niedziele poszłyśmy do bankomatu do Rowów. To 7,5 km w jedną stronę. Ledwo zrobiłyśmy 1/3, a tu burza. Obie strachliwe, schowałyśmy się w krzakach. I co robić?! Jak durne polazłyśmy dalej. Oczywiście zabłądziłyśmy, bo po co pilnować czerwonego szlaku... Lazłyśmy lasem i śpiewałyśmy "Człowieka z liściem na głowie". A w samym centrum Rowów darłyśmy się, że jest port wielki jak świat, co się zwie Amsterdaaaaaaaam! I że znowu polało się z nieba, to olałyśmy gofry, ominęłyśmy upragniony namiot z tania książką i wsiadłyśmy w drogiego busa do domu. Innym razem pojechałyśmy do Ustki. Bo odwiedziałam znachora! Znanego na całą Polskę! Nie mam pojęcia jak ma na imię, ale poddałam się zabiegowi akupresury, mama wierzy, że mi pomoże. Hm... Na pewno nie zaszkodzi, ale nie powiem, że było przyjemnie. Potem spacer deptakiem, nadanie kartek (jaaaki drogi interes, ale jaki cudowny!), latarnia morska, falochron, port i frugola. Jak Mado zobaczyła, że są statki, od razu chciała płynąć. Oszukańczy rejs był fajny, trochę bujało, trochę zdjęć zrobił nam pan marynarz, ale to głównie zbliżenia na gruczoły mleczne, ucięte głowy i głupi śmiech. Zobaczyłam z daleka znajomego z Krakowa, który śpiewał i zbierał złote monety do futerału. W mieście za nic bym go pewnie nie spotkała. A ja nawet nie podeszłam, bo się zawstydziłam. Zatem pozdrawiam: Spotted Ustka, pozdrowienia dla G i jego czerwonowłosego wokalu. Wracać 11 km plaża, od 20 to trochę głupota. Postraszyłyśmy mewy, skostniały nam stopy i juz ciemno się robiło, jak tylko zobaczyłam butelkę. Ot, zwykły śmieć, ale z listem w środku! Jak z bajki. Jeszcze panie nie odpisałam, tak podała maila, ale zrobię to!
Więcej nie pamiętam. A jak sobie coś przypomnę, to dopiszę. A na pewno wrzucę jakieś aparatowe zdjęcia, które jeszcze muszę wpierw zobaczyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























